16 marca 2026 roku. W Radzie Najwyższej Ukrainy dojrzewa poważny kryzys: coraz trudniej zebrać większość, dziesiątki deputowanych są gotowe złożyć mandaty, a frakcja rządząca faktycznie utraciła stabilne „jądro” poparcia. W rezultacie organ ustawodawczy państwa może znaleźć się w stanie politycznego paraliżu.
Nieudane głosowanie nad projektem ustawy dotyczącym opodatkowania dochodów z platform cyfrowych, który w mediach nazwano już „podatkiem od OLX”, stało się wyraźnym sygnałem, że w Radzie Najwyższej narasta poważny kryzys. Dokument, który miał wprowadzić nowe zasady opodatkowania dochodów ze sprzedaży towarów i świadczenia usług za pośrednictwem platform internetowych, uzyskał jedynie 168 głosów przy wymaganych 226. Nie chodziło wyłącznie o handel na marketplace’ach — ustawa obejmowałaby szerokie spektrum usług: od sprzedaży online po usługi taksówkowe, wynajem mieszkań czy dostawę jedzenia.
W zamyśle rządu miało to pomóc w wyprowadzaniu z szarej strefy dochodów osób pracujących za pośrednictwem platform cyfrowych, a jednocześnie wypełnić jedno z zobowiązań wobec międzynarodowych partnerów Ukrainy. Dlatego porażka tego głosowania ma szczególne znaczenie. Ustawa należy do pakietu reform, których przyjęcia domagają się Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Unia Europejska jako warunku dalszego wsparcia finansowego dla Ukrainy. Nie chodzi więc jedynie o zmianę w systemie podatkowym, lecz o realizację międzynarodowych zobowiązań, od których zależy finansowanie budżetu państwa. Jeśli parlament nie potrafi zebrać głosów nawet dla takich dokumentów, oznacza to, że problem jest znacznie głębszy – Rada Najwyższa stopniowo traci zdolność do podejmowania niezbędnych decyzji.
Jak przyznają sami przedstawiciele frakcji rządzącej, stabilne „jądro” poparcia w parlamencie znacząco się skurczyło. O ile wcześniej kierownictwo Sługi Ludu mogło liczyć mniej więcej na 180 głosów własnej frakcji, o tyle obecnie gwarantowane poparcie zapewnia zaledwie około 110 deputowanych. W takich warunkach przyjmowanie jakichkolwiek niepopularnych decyzji – zwłaszcza dotyczących podatków lub realizacji wymogów międzynarodowych partnerów — staje się coraz trudniejsze.
Sytuację komplikuje fakt, że część deputowanych jest gotowa w ogóle opuścić parlament. Jak powiedział pierwszy zastępca przewodniczącego frakcji Sługa Ludu Andrij Motowyloweć, około 40 deputowanych rozważa złożenie mandatów. Inni politycy mówią nawet o liczbie 50–60 deputowanych. Przyczyny takiego nastawienia są różne i narastały stopniowo. Część parlamentarzystów jest po prostu zmęczona długą kadencją – obecna Rada Najwyższa pracuje już ponad sześć lat, czyli znacznie dłużej niż przewiduje standardowy cykl wyborczy, ponieważ wojna uniemożliwia przeprowadzenie nowych wyborów.
Do tego dochodzi polityczna niepewność w czasie wojny. Wiele decyzji, które trzeba podejmować, jest niepopularnych, a głosowanie za nimi nieuchronnie wywołuje społeczną krytykę. Kolejnym czynnikiem stał się strach przed śledztwami antykorupcyjnymi. Po kilku głośnych sprawach część deputowanych znalazła się w roli świadków, a niektórzy nawet pod podejrzeniem. W rezultacie wielu z nich stara się zachowywać maksymalnie ostrożnie – jedni po prostu nie przychodzą na posiedzenia, inni wstrzymują się od głosowania nad kontrowersyjnymi projektami ustaw.
Osobną przyczyną, o której sami deputowani mówią nieoficjalnie, jest kwestia finansowa. Formalnie wynagrodzenie deputowanego wynosi około 50 tys. UAH miesięcznie. Na tle średniego wynagrodzenia w Ukrainie, które obecnie wynosi około 25 tys. UAH, jest to stosunkowo wysoki dochód. Jednak część parlamentarzystów była przyzwyczajona do innego systemu motywacji. Nie jest tajemnicą, że od początku ich kadencji byli regularnie „motywowani” dodatkowymi wypłatami w kopertach. W zależności od statusu deputowanego kwoty te wahały się od kilku tysięcy do kilkudziesięciu tysięcy dolarów. Po rozpoczęciu pełnoskalowej wojny praktyka ta jednak zanikła, przez co dla wielu deputowanych praca w Radzie Najwyższej przestała być po prostu „atrakcyjna”.
Oczywiście taka postawa deputowanych obozu władzy wywołała oburzenie prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, który publicznie oświadczył, że jest gotów zainicjować zmiany w ustawodawstwie mobilizacyjnym, które umożliwią deputowanym udział w działaniach wojennych.
Prezydent publicznie zagroził im, że jeśli się nie opamiętają, mogą trafić do okopów. Jak jednak zrealizować tę groźbę – pozostaje kwestią otwartą, ponieważ zmiana przepisów mobilizacyjnych również wymaga tych samych 226 głosów. Tymczasem w Radzie Najwyższej nie ma ich nawet dla ustaw ważnych dla państwa, nie mówiąc już o takich, które bezpośrednio uderzałyby w samych parlamentarzystów.
Najważniejsze pytanie, które stoi dziś przed Radą Najwyższą, brzmi więc: skąd wziąć głosy dla kluczowych ustaw, na których przyjęciu nalegają międzynarodowi partnerzy? Jeśli opozycyjne frakcje nie wspierają projektów rządowych, władza musi szukać głosów gdzie indziej. Najczęściej – w różnych grupach deputowanych, do których należą byli przedstawiciele prorosyjskich sił politycznych lub osoby związane z dawną Partią Regionów. Z tego powodu przyjmowanie decyzji staje się coraz trudniejsze.
Co więcej, pojawia się polityczny paradoks: aby forsować proeuropejskie rozwiązania, władza zmuszona jest polegać na głosach polityków, których wcześniej kojarzono z obozem prorosyjskim.
Wszystko to wskazuje, że Rada Najwyższa stopniowo traci zdolność do stabilnego wspierania decyzji rządu. A to stawia pod znakiem zapytania zarówno realizację międzynarodowych zobowiązań Ukrainy, jak i ogólną skuteczność pracy parlamentu w czasie wojny. Jeśli ta tendencja się utrzyma, porażki w głosowaniach nad ważnymi ustawami mogą stać się nową polityczną normą. A to byłoby bardzo niebezpieczne w najtrudniejszym dla państwa momencie.
Wiktoria Czyrwa
Image by Peggy und Marco Lachmann-Anke from Pixabay