Czekając na światełko nadziei

24 lutego 2026. Czwarta rocznica wielkiej wojny. Ten tekst muszę pisać w ciemności, która w ostatnim czasie stała się naszym stałym towarzyszem. Siedzę i co chwilę odwracam się w stronę telewizora – kiedy zapala się na nim wskaźnik, oznacza to, że wrócił prąd. Tak samo wszyscy oglądamy się wokół i czekamy na jakiś sygnał, który podpowie nam, że zwycięstwo jest już blisko.

Ale kiedy on się pojawi – ten szczególny znak, który powie nam, że długo wyczekiwany pokój nadejdzie wkrótce? Liczyliśmy na przełom po zmianie władzy w Stanach Zjednoczonych. Potem – po każdej kolejnej rundzie negocjacji na międzynarodowych forach. Za każdym razem spotykało nas jednak tak bolesne rozczarowanie, że przestaliśmy budować jakiekolwiek złudzenia. „Jak będzie, tak będzie” – ta zasada już dawno stała się lejtmotywem naszego życia.

Ostatecznie rozczarowaliśmy się kluczowym sojusznikiem – przywódca najpotężniejszego państwa świata okazał się na tyle słaby i nieprzewidywalny, że zaskoczyło to nawet największych zwolenników Stanów Zjednoczonych.

Za to pozytywnie zaskoczyli nasi najbliżsi sąsiedzi – Polacy. Mimo prób moskiewskiej propagandy, by nas skłócić, po raz kolejny pokazali, kto jest prawdziwym bratem i przyjacielem. Wystarczy wspomnieć bezprecedensową zbiórkę na generatory dla Kijowa, gorący żurek dla zmarzniętych Ukraińców czy inne inicjatywy humanitarne, które pogrzebały narracje o „zmęczeniu” Europejczyków – w tym także Polaków – wydarzeniami w Ukrainie.

To my, Ukraińcy, jesteśmy zmęczeni. Wojną, ciemnością, zimą, która nie chce się skończyć. W innych okolicznościach nawet cieszylibyśmy się z takiej zimy – prawdziwej, mroźnej i śnieżnej, jak dawniej. Ale czy wróg pozwolił nam nacieszyć się zimową bajką? Rosjanie wykorzystali siarczyste mrozy, by spróbować nas zamrozić. I częściowo im się to udało: po ostrzałach ludzie marzli we własnych mieszkaniach, gdzie temperatura spadała niemal do zera, a czasem nawet poniżej.

Trudno uwierzyć, że coś takiego może wydarzyć się w cywilizowanym kraju w XXI wieku. Z drugiej jednak strony dlaczego się dziwimy? Rosjanie przez cały czas naszego współistnienia próbowali nas niszczyć na różne sposoby. W latach trzydziestych ubiegłego wieku był Wielki Głód. Na początku 2026 roku — Wielki Chłód.

Ale przecież jesteśmy Ukraińcami! Jesteśmy nie do pokonania! Ludzie nauczyli się świetnie radzić sobie sami. Na przykład mieszkańcy naszego bloku złożyli się na generator, który zasila ogrzewanie, wodę i działanie windy. Nie narzekaliśmy i nie czekaliśmy na niczyją pomoc – po prostu zaczęliśmy działać. Być może właśnie taka strategia jest dziś jedyną możliwą i naprawdę skuteczną.

To jednak my – ci, którzy żyją w stosunkowo spokojniejszych regionach. Im bliżej linii frontu, tym sytuacja wygląda gorzej. Ojczyznę mojej mamy – wieś w obwodzie dniepropietrowskim, na granicy z Donbasem – Rosjanie zamienili w ruiny. Dla mnie to jak otwarta rana. W dzieciństwie spędzałam tam każde lato u babci, objadałam się owocami i jagodami, kąpałam się do zawrotu głowy i zajadałam się jej słynnymi wergunami – ukraińskimi faworkami, chrupiącymi i smażonymi na złoto. Nikt i nigdy więcej takich już dla mnie nie upiekł. A teraz nawet nie będę mogła wrócić do miejsca, w którym byłam tak szczęśliwa – wszyscy moi krewni wyjechali stamtąd, nie czekając, aż rosyjscy okupanci zajmą wieś.

Ilu jest takich Ukraińców, którzy nigdy nie wrócą do domu, bo nie mają już dokąd wracać? Nawet trudno sobie wyobrazić, co czują – zwłaszcza starsi ludzie. To tak, jakby wyrwać drzewo razem z korzeniami. Jak długo może przetrwać? Jakkolwiek byśmy byli odważni i niezłomni, wszystko ma swoje granice.

Zresztą samo słowo „niezłomni” w odniesieniu do Ukraińców zaczyna już wielu ludzi irytować. Bo łamiemy się! Boimy się! Płaczemy, a czasem z rozpaczy chce się po prostu wyć. Każda drobnostka potrafi wyprowadzić z równowagi, bo organizm nie wytrzymuje już fizycznego i psychicznego obciążenia. I nigdy nie wiadomo, w którym momencie człowiek ostatecznie „pęknie”. Czy po wiadomości z Bohoduchowa, gdzie zginęło troje małych dzieci razem z ojcem-weteranem, a ich ciężarna mama cudem przeżyła. Czy przez zupełną drobnostkę – złamany paznokieć albo urwany guzik.

Ale chwileczkę… chyba włączyli prąd. Na telewizorze zapaliło się światełko. Jest światło – będziemy żyć. Już całkiem niedługo nadejdzie wiosna. A potem – zwycięstwo. No… prawda?

Wiktoria Czyrwa
Image source: Yurij Bova FB account

Facebook
Twitter
LinkedIn