26 września 2025. Ustawa o wprowadzeniu 10 proc. cła na eksport soi i rzepaku faktycznie zatrzymała import tych upraw. Branżowe stowarzyszenia biznesowe i producenci biją na alarm i domagają się uchylenia ustawy.
Przypomnijmy, na początku września w Ukrainie weszły w życie poprawki do ustawy, które wprowadziły 10 proc. cło na eksport soi i rzepaku. Pomysł deputowanych polegał na tym, aby stymulować krajowe przetwórstwo roślin oleistych i zwiększyć wpływy do budżetu. Planowano, że traderzy będą płacić podatek, a producenci, którzy eksportują własne zbiory – będą z niego zwolnieni.
Jednak w praktyce mechanizm nie zadziałał: służba celna nie posiada narzędzi do potwierdzania pochodzenia zboża, więc faktycznie zatrzymała cały eksport.
Decyzja była wynikiem długich dyskusji w Radzie Najwyższej. Jeszcze latem inicjatorzy ustawy przekonywali, że cło pomoże zrezygnować z eksportu surowca i rozwinąć krajowe przetwórstwo, co zwiększy wpływy walutowe co najmniej o 240 mln USD rocznie. Dodatkowo, sam podatek miał przynieść budżetowi jeszcze około 150 mln USD. Jednak już wtedy biznes ostrzegał, że bez szczegółowo opisanego mechanizmu zwolnienia producentów z cła wszelkie deklaracje o korzyściach zamienią się w pułapkę.
I tak się właśnie stało. Już 7 września wiadomo było, że wszystkie okresowe deklaracje celne zostały anulowane.
To doprowadziło do zablokowania około pół miliona ton rzepaku i takiej samej ilości soi. Rolnicy nie są gotowi płacić cła bez gwarancji zwrotu, a eksporterzy odmawiają ponoszenia kosztów na siebie. W rezultacie statki stoją w portach, wagony są przepełnione ładunkiem, a kontrakty z zagranicznymi nabywcami są zagrożone zerwaniem.
Skalę problemu pokazuje porównanie z wynikami z ubiegłego roku: w 2024 roku Ukraina wyeksportowała rzepak za 1,8 mld USD i soję za 1,3 mld USD. Teraz cała ta branża jest praktycznie sparaliżowana. Według szacunków rynku samo opóźnienie statków i wagonów kosztuje biznes od 5 do 10 mln USD tygodniowo, nie licząc kar za zerwane kontrakty i utratę zaufania kupujących.
Reakcja biznesu była ostra. Europejskie Stowarzyszenie Biznesu oświadczyło, że nowe cło tworzy poważne przeszkody dla rozwoju sektora rolnego i podważa zaufanie partnerów międzynarodowych. W swoim oświadczeniu EBA podkreśliło: działalność eksportowa faktycznie się zatrzymała, a mechanizm zwolnienia z cła nie działa. W rezultacie statki stoją w portach, rolnicy i eksporterzy codziennie ponoszą straty, a Ukraina traci wpływy walutowe. Ponadto kumulacja statków w portach stwarza dodatkowe ryzyko bezpieczeństwa, czyniąc infrastrukturę portową potencjalnym celem ataków wroga.
Swoje stanowisko wyraziła również Amerykańska Izba Handlowa. Podkreślono tam, że poprawka dotycząca cła została włączona do ustawy z naruszeniem zasad stabilności prawa podatkowego, stoi w sprzeczności z kursem eurointegracji Ukrainy oraz Umową stowarzyszeniową z UE.
Według szacunków Izby, straty biznesu sięgnęły już od 5 do 10 mln dolarów z powodu przestoju co najmniej dziewięciu statków w portach czarnomorskich. Izba wezwała rząd do jak najszybszego wniesienia do Rady inicjatywy uchylenia cła, aby uniknąć dalszych strat i zachować zaufanie inwestorów.
Rolnicy nie wykluczają pozwów sądowych przeciwko służbie celnej. Część firm już przygotowuje dokumenty, domagając się zwrotu pieniędzy, które musieli zapłacić. W branży panuje przekonanie, że ustawę uchwalono w pośpiechu, bez należytej oceny skutków.
Eksperci podkreślają również, że nowe cło stawia Ukrainę w trudnej sytuacji międzynarodowo-prawnej.
Ograniczenia eksportowe stoją w bezpośredniej sprzeczności z artykułem 31 Umowy stowarzyszeniowej z UE, który zakazuje wprowadzania nowych stałych ceł. Formalnie parlament ukraiński nazwał je tymczasowymi, ale określił termin na dziesięć lat, co faktycznie czyni je stałymi. To nie tylko podważa zobowiązania eurointegracji, ale także stwarza ryzyko naruszenia zasad Światowej Organizacji Handlu, które przewidują przewidywalność i przejrzystość polityki handlowej. Jednostronne decyzje Kijowa mogą obrócić się dla kraju w spory handlowe, utrudnić dostęp ukraińskich towarów na rynki UE i podważyć reputację Ukrainy jako wiarygodnego partnera.
Sytuację komplikuje także konkurencja zewnętrzna. Ukraińscy eksporterzy soi w tym sezonie będą zmuszeni konkurować na rynku europejskim z dostawcami amerykańskimi, których wolumeny po wprowadzeniu ceł przez Chiny kierowane są do UE. W przypadku rzepaku i produktów jego przetwórstwa głównym konkurentem stanie się Kanada, która utraciła rynek chiński i teraz aktywnie szuka nowych kierunków zbytu. W takich warunkach wszelkie wewnętrzne bariery jeszcze bardziej obniżają konkurencyjność ukraińskich rolników.
Ministerstwo Gospodarki stara się znaleźć wyjście. Wspólnie ze stowarzyszeniami przygotowywane są poprawki do ustawy, które określą kryteria „własnych zbiorów” oraz tryb zwrotu zapłaconego cła.
Jednak nawet w optymistycznym scenariuszu Rada Najwyższa będzie mogła je rozpatrzyć najwcześniej w październiku, a realne zmiany wejdą w życie w listopadzie. To oznacza, że we wrześniu i październiku biznes będzie działał „po omacku”, bez gwarancji zwrotu pieniędzy.
Przedstawiciele rządu przyznają, że problem powstał z powodu braku przygotowanych mechanizmów. Choć inicjatorzy ustawy przekonują, że ich celem było wsparcie przetwórstwa w kraju i zwiększenie wpływów walutowych, w rzeczywistości eksport soi i rzepaku został sparaliżowany, a każdy dzień opóźnienia oznacza nowe straty. Jeśli sytuacja nie zostanie uregulowana w najbliższym czasie, skutki odczuje nie tylko rolnictwo, ale i cała gospodarka kraju.