18 września 2025. Najstarsza fabryka farmaceutyczna Ukrainy – „Darnycja” – wstrzymała produkcję. Magazyny przedsiębiorstwa są zapełnione w 95 proc., a linia produkcyjna po raz pierwszy od 1998 roku zatrzymała się nie z powodu konserwacji technicznej, lecz z wyniku braku zbytu. W firmie mówi się o „bojkocie aptecznym”, podczas gdy same apteki twierdzą, że bardziej opłaca im się kupować leki od innych producentów.
Źródło problemu tkwi w tym, że apteki przestały otrzymywać tzw. płatności marketingowe od producentów leków. Przez dziesięciolecia były one głównym sposobem utrzymywania półek aptecznych przez producentów, ale od 1 marca 2025 roku znalazły się poza prawem. W zamyśle rządu zakaz płatności marketingowych miał obniżyć ceny dla konsumentów, ponieważ koszt takich „usług” spadał na końcowego nabywcę.
Urzędnicy postanowili kontrolować efekt na tak zwanym „top-100” — liście stu najpopularniejszych preparatów na ukraińskim rynku. To właśnie ich cena miała pokazać, czy reforma zadziała. Ceny części z tych leków faktycznie nieco spadły, ale ogólny rezultat okazał się daleki od oczekiwań i średnio rynek pozostał na wysokim poziomie. I teraz zamiast zmniejszenia obciążenia dla pacjentów obserwujemy konfrontację pomiędzy największym ukraińskim producentem a „piątką” sieci aptecznych.
Sytuacja dla „Darnycji” wygląda dramatycznie. W czerwcu 2025 roku sprzedaż spółki spadła o 30 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym, a już po dwóch miesiącach spadek osiągnął 50 procent. W marcu zakład został zmuszony do wstrzymania produkcji leków na trzy tygodnie, a od czerwca do sierpnia – jeszcze na dwa miesiące. Łącznie dziewięć tygodni przestoju. Dla przedsiębiorstwa, które zapewnia 15 proc. wi wolumenu sprzedaży leków w kraju, to nie tylko sygnał kryzysowy – to cios dla całego rynku.
Konflikt szczególnie wyraźnie ujawnił się na przykładzie „Citramonu”. O ile jeszcze w zeszłym roku „Citramon-Darnycja” był najpopularniejszym preparatem w kraju, to teraz wypiera go „Lubnyfarm”. Dla firmy, która przez dziesięciolecia przywykła być liderem przynajmniej w produkcji tego popularnego leku, to prawdziwy szok.
Kierownictwo „Darnyci” jest przekonane, że przyczyna tkwi w „wojnie” z sieciami aptecznymi, która trwa od początku roku. Według ich słów, po tym jak państwo zakazało płatności marketingowych, apteki zaczęły blokować sprzedaż preparatów spółki.
Apteki kategorycznie temu zaprzeczają. Utrzymują, że spadek sprzedaży „Darnycji” wynika z konkurencji rynkowej. Jej leki okazały się droższe, a państwo zobowiązało do zakupu i sprzedaży tańszych analogów. Jeśli wcześniej różnicę rekompensowały płatności marketingowe, to po ich zakazie logika się zmieniła: apteki stawiają na bardziej dostępne marki, a „Darnycja” tutaj przegrywa.
Szczególne pytania wobec „Darnycji” pojawiły się ze strony Ministerstwa Zdrowia. Urzędnicy przypomnieli: jeśli płatności marketingowe wcześniej były częścią kosztów i prowadziły do wzrostu cen, to po ich zakazie logicznym krokiem powinno być odpowiednie obniżenie cen leków. Tymczasem obniżki były wybiórcze i niewielkie.
Resort zdrowia zapytał wprost: dlaczego „Darnycja” nie skorygowała polityki cenowej o tę część, którą stanowił marketing? Odpowiedzi, która zadowoliłaby państwo, firma nie przedstawiła. Co więcej, sama „Darnycja” przyznała, że obniżenie cen leków z listy top-100 zmniejszyło ich obrót o 14 proc., czyli efekt finansowy okazał się dla zakładu negatywny.
Fabryka reaguje na kryzys jak może. W ciągu pół roku zredukowała zatrudnienie o 11 proc., zatrzymała inwestycje w badania i zrezygnowała z bezpośredniej reklamy. W magazynach zgromadzono produkcji i surowców na dwa lata naprzód, ale nie ma gdzie tego sprzedać. Dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że największe sieci apteczne przestały udostępniać producentowi dane dotyczące sprzedaży. Jeśli wcześniej „Darnycja” mogła śledzić dynamikę zbytu bezpośrednio, to teraz tę informację trzeba kupować przez pośrednika – serwis Tabletki. To sprawia, że analiza rynku staje się droższa i trudniejsza, a więc jeszcze bardziej osłabia pozycję firmy.
„Darnycja” stara się kompensować straty poprzez mniej wpływowe sieci oraz eksport. Jednak niewielki wzrost w „drugim szeregu” aptek nie jest w stanie zastąpić czołowej piątki, na którą przypada 70 proc. sprzedaży w Ukrainie. A możliwości eksportowe są ograniczone: większość portfela to generyki, dla których konkurencja na rynkach międzynarodowych jest już wysoka. W 2024 roku eksport stanowił jedynie 5 proc. przychodu firmy, w 2025 roku – około 10 procent. To pomaga zmniejszyć presję, ale nie rozwiązuje głównego problemu.
W Ministerstwie Zdrowia nie kryją irytacji — urzędnicy uważają, że to właśnie „Darnycia” weszła w konflikt i teraz ponosi jego konsekwencje. W rządzie coraz częściej pojawia się opinia, że rynek powinien porozumieć się sam, bez ingerencji państwa. Jednak kompromisu wciąż nie ma, a konfrontacja pomiędzy fabryką a sieciami aptecznymi przechodzi w fazę przewlekłą.
Wiktoria Czyrwa
Image by Miguel Á. Padriñán from Pixabay