19 listopada 2024 mija 1000 dni wojny. Paradoks czasoprzestrzeni wojny polega na tym, że z jednej strony historia przyspiesza bieg całego kraju, z drugiej spowalnia życie każdego pojedynczego człowieka. W ciągu 86,5 miliona sekund, które upłynęły od rozpoczęcia pełnoskalowej rosyjskiej inwazji na Ukrainę, nie ma Charkowianina, który nie odczułby w pełni horroru tego, co się dzieje.
Nieprzyjaciel zaczął najpierw ostrzeliwać miasto graniczne i nie przestawał go niszczyć przez tysiąc dni. Nie ma chyba w tym czasie mieszkańca, któremu obok domu nie przeleciała rakieta, który nie miał wśród znajomych rannych lub zabitych, którego bliscy, przyjaciele czy sąsiedzi nie bronili Ojczyzny z bronią w ręku. Rakiety balistyczne, bomby lotnicze i drony stały się stałą rzeczywistością w półtoramilionowej metropolii. Nie można lekceważyć faktu potencjalnego zagrożenia. Zespół traumatyczny dokucza każdemu, a na poziomie podświadomości, w sytuacjach krytycznych, u każdego objawia się inaczej. Tysiąc niespokojnych nocy, szczególnie dla dzieci i osób starszych, prędzej czy później daje o sobie znać. Setki wyjących alarmów ostrzegających o zagrożeniu życia nie przechodzą na próżno.
Wiosną 2022 roku w Charkowie pozostało nie więcej niż 300 tys. mieszkańców. Wiele osób, zwłaszcza kobiet z dziećmi, wyjechało za granicę lub na zachód kraju. W wyniku intensywnego ostrzału drugie pod względem liczby ludności miasto Ukrainy zostało pozbawione ciepłowni, stanęło metro, rozpoczęły się ciągłe przerwy w dostawie prądu, a mieszkańcy przez wiele godzin siedzieli w ciemnościach bez łączności. Jednak operacja charkowska jesienią 2022 roku wyzwoliła znaczną część regionu i odepchnęła okupanta od granic, których wcześniej sięgała artyleria wroga. Ludzie zaczęli wracać do domów. Wśród nich przybyło wielu obywateli z terenów deokupowanych. Obecnie według oficjalnych danych miasto zamieszkuje 1 200 000 osób, z czego ponad 200 000 to uchodźcy ze strefy, w której nieustannie toczą się zacięte walki.
Ranny, postrzępiony, ale niezwyciężony Charków porównywał się do Żelbetu z pierwszych dni ostrzału. Symbolem niezłomności stał się światowej sławy pomnik konstruktywizmu Derżprom, uznawany za arcydzieło architektury przez UNESCO. Sto lat temu, kiedy Charków był stolicą sowieckiej Ukrainy i kulturalnego „Rozstrzelonego Renesansu”, znajdowały się tu struktury rządowe. Podczas II wojny światowej hitlerowcy kilkakrotnie próbowali go wysadzić, ale zabytkowy budynek ocalał. Niedawno kilka rasistowskich rakiet uderzyło w Derżprom, wiele okien zostało wybitych, ale żelbeton znów wytrzymał.
Oczywiście dzisiejsze życie w Charkowie – to nie tylko ciągłe naloty, codzienne bombardowania kierowanymi bombami powietrznymi, nocne loty wrogich UAV zwiadowczych, ale także opór stawiany wrogowi na wszystkich możliwych frontach. Wszystkie instytucje edukacyjne, teatry, muzea i biblioteki są w mieście oficjalnie zamknięte, ale wszędzie odczuwalny jest opór kulturalny, informacyjny i duchowy. W bezpiecznych piwnicach i przystosowanych schronach przeciwbombowych odbywają się koncerty, underground-spektakle, otwierane są wystawy, odbywają się zawody sportowe i wieczory twórcze. Życie nie zatrzymuje się ani na chwilę: służby komunalne szybko naprawiają skutki nocnych eksplozji, dzieci uczą się w podziemnych szkołach, studenci idą na studia do charkowskich uniwersytetów, choć całe szkolnictwo wyższe odbywa się tu teraz wyłącznie online. Pomimo trudnych warunków transport, sklepy, banki i apteki działają niemal pełną parą. Jednak ostatnio na ulicach widać coraz mniej mężczyzn: zamykane są stacje naprawy samochodów, są problemy z pracą hydraulików, elektryków, budowlańców, taksówkarzy i innych zawodów, w których w czasie pokoju przeważają mężczyźni. Przyczyną braku rąk do pracy jest mobilizacja masowa. Niestety Ukraina ma obecnie wiele problemów na froncie, ale Siły Zbrojne bohatersko powstrzymują ofensywę wroga w obwodzie charkowskim. W niektórych obszarach regionu trwa przymusowa ewakuacja. Przymusowi migranci kwaterowani są w charkowskich akademikach, a ilość uchodźców na ulicach widać gołym okiem. Wszyscy rozumieją, że po zakończeniu wojny demograficznie będzie to zupełnie inny Charków.
Miasto-forpost, twierdza nie do zdobycia, żelbeton, samoidentyfikacja z niezłomnością i niepokornością dołączą do tradycyjnej świadomości metropolii jako kulturalnej i intelektualnej stolicy Ukrainy, potężnego ośrodka przemysłowego, naukowo-technicznego. Jednak mieszkańcy Charkowa w końcu zrozumieli swoją tożsamość narodową, przestali z pobożnością patrzeć na wschodniego sąsiada, przypomnieli sobie swój język, kulturę i historię.
Trzydzieści lat Niepodległości nie wpłynęło tak bardzo na patriotyczne nastroje mieszczan, jak tysiąc dni wojny, która zmieniła mentalność przeciętnego Slobodana. Teraz w jego światopoglądzie rosja nie jest narodem bratnim, ale wrogiem, centralna ulica Charkowa słusznie nosi imię Skoworody, a nie Puszkina, przyszłość trzeba budować nie z Moskwą, ale z Europą.
Historia naprawdę przyspieszyła wiele procesów, choć w losie zwykłego obywatela tempo życia wręcz spowolniło. Metro zamykane jest po 21:30, w nocy wszystko nieczynne, zamiast nocnej rozrywki obowiązuje godzina policyjna od 23:00. Ludzie przyzwyczaili się i przystosowali do nowej rzeczywistości. Nikt nie marudzi, choć prawie się nie uśmiecha, dzieci na ulicach jest mało, inne twarze, moda, gwara, więcej pauz i pytań. Mniej słów w powietrzu, zaufania do władz i dystansu pomiędzy rozmówcami. Wszyscy rozumieją, jak mówi charkowski poeta Serhij Żadan, że „ten deszcz będzie trwał długo”. W tym sensie, że wojna nie zakończy się nawet po oddaniu ostatniego strzału. Dla pokolenia, które przetrwało ten maraton tysiąca dni i nocy, pozostanie wojna na zawsze. Ale dziś wszyscy rozumieją, że trzeba stawiać opór i Zwyciężać. Choć tak naprawdę każdy na swój sposób rozumie istotę zwycięstwa. Szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń geopolitycznych, z którymi im dalej, tym bardziej musimy się liczyć.
Niemniej jednak Charkowszczyzna stoi w obliczu trzeciej zimy pełnoskalowej wojny z największym poczuciem niepewności. Straszą nowymi ofensywami, brakiem ciepła i prądu, masowymi ostrzałami i ustępstwami terytorialnymi, totalną mobilizacją i nieprognozowanymi podwyżkami cen.
Trzeba jednak żyć w Charkowie, żeby zrozumieć, że strach już dawno przestał być argumentem dla miejscowej ludności. Są gotowi niemal na wszystko, dokonali świadomego wyboru i w żadnym wypadku nie zamierzają się poddać. Tysiąc dni wojny i setki milionów sekund niepokoju nauczyły mieszkańców Charkowa polegać wyłącznie na sobie, uczyniły ich silnymi wolą, pragmatycznymi i naprawdę niezłomnymi. Oczywiście każdy chce sprawiedliwego pokoju, ale nie za wszelką cenę. Gotowi dalej cierpieć, aby cały ten horror nie powtórzył się w przyszłości. Zdolni do odparcia wroga, o ile siły i zasoby wystarczą. Tak, ich brakuje, możliwości nie są nieograniczone, zmęczenie nie jest najlepszym doradcą, późna jesień nie napawa optymizmem. Tymczasem w najnowszej historii Ukrainy zdarzały się już przykłady, gdy wydawało się, że wszystko stracone… i wtedy otwierał się drugi oddech, a potem kolejny – rozmyślne dodatkowy. Kiedy biegasz na długich dystansach, ten czynnik staje się niemal najważniejszy. Jak wiadomo, doświadczeniem nie jest to, co przydarza się danej osobie, ale to, co osoba robi z tym, co jej się przydarza. Zapewne podobnie jest z miastami i całymi narodami. Charkowianie udowodnili, że potrafią się zmieniać, ustalać priorytety i opierać się na fundamentalnych wartościach. A to jest gwarancja, że będzie nowy ruch. Może nie spowolni to historii, ale z pewnością przyspieszy czas zmiany od filozofii przetrwania do normalnego życia Charkowa.
Zasłużony dziennikarz Ukrainy Wołodymyr Czystylin, Charków.