Pomimo stanowisk pozostał człowiekiem

1 września 2025. Kilka tysięcy osób wyszło na kijowski Majdan Niepodległości, aby oddać ostatni hołd Andrijowi Parubijowi – byłemu przewodniczącemu Rady Najwyższej, zastrzelonemu we Lwowie. Nawet przeciwnicy przyznają: tak szczerych i uczciwych ludzi w ukraińskiej polityce można policzyć na palcach jednej ręki.

Miejsce nieprzypadkowe, bo to właśnie z Majdanu 2013–2014 roku Andrij Parubij wyrósł jako polityk. Jego życiorys to historia bezpośredniego działania. Na Euromajdanie wyszedł do ludzi z megafonem, kiedy wokół było zaledwie 70 osób i więcej milicji niż protestujących. W ciągu godziny, dzięki jego wezwaniom, tłum urósł do setek. To wtedy ogłoszono go komendantem Majdanu. Zorganizował pierwszą naradę setników 1 grudnia 2013 roku. Tak narodziła się Samoobrona Majdanu – struktura, która rozrosła się do 12 tysięcy ochotników.

Polityczna droga Andrija Parubija rozpoczęła się jeszcze w latach studenckich. W 1988 roku założył młodzieżową organizację „Spadszczyna”, która odnawiała groby żołnierzy UPA i zbierała wspomnienia starych powstańców. Wtedy też po raz pierwszy został aresztowany za organizację „nielegalnych wieców”. Lubił wspominać, że w 1990 roku po raz pierwszy został deputowanym lwowskiej rady obwodowej, ale o zwycięstwie dowiedział się… w celi, gdzie trafił za agitację. I nawet wtedy odmówił wyjścia bez dwóch towarzyszy, którzy zostali aresztowani razem z nim. Ta upartość i poczucie drużyny zostały z nim na zawsze.

W 2004 roku, podczas Pomarańczowej Rewolucji, Parubij został komendantem Domu Ukraińskiego. A w 2010 roku, kiedy parlament ratyfikował „umowy charkowskie”, to właśnie on wniósł na salę granat dymny, próbując zerwać głosowanie. „Robiłem wszystko, by nie dopuścić do tej decyzji, bo otwierała drzwi dla rosyjskich wojsk na Krym” – tłumaczył później.

Ta jego emocjonalność, granicząca z radykalizmem, w obronie interesów narodowych ujawniała się nie raz. Tak było podczas rozpatrywania w Radzie Najwyższej projektu ustawy, która dawała parafiom UPC Moskiewskiego Patriarchatu prawo zmiany przynależności i dołączenia do nowo powstałego Prawosławnej Cerkwi Ukrainy.

Andrij Parubij emocjonalnie zareagował wówczas na próbę Wadima Nowinskiego zerwania posiedzenia. Nowinski, znany jako jeden z głównych orędowników „ruskiego miru” i moskiewskiego prawosławia w Ukrainie, podszedł do prezydium z żądaniem zdjęcia ustawy z obrad. Wtedy marszałek ostro odciął mu się: „Odejdź ode mnie, plugawcu!”.

Obejmując swoje pierwsze państwowe stanowisko – sekretarza Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony – nie stał się „skamieniałym” politykiem ukrytym za ciemnymi szybami opancerzonego mercedesa. Władza w żaden sposób go nie zepsuła – ani w fotelu sekretarza RBNiO, ani później, gdy objął stanowisko przewodniczącego Rady Najwyższej. Pamiętam, że wkrótce po tym, jak został marszałkiem parlamentu, przeprowadziliśmy z nim wywiad – zgodził się na rozmowę dość łatwo, a w trakcie spotkania był taki sam, jakiego pamiętałam z Majdanu – prosty i szczery. I taki, który stawia interesy Ukrainy, jej państwowość i suwerenność ponad wszystko.

To za jego kadencji uchwalano ustawę o języku ukraińskim, wspierał autokefalię Kościoła, bronił kursu euroatlantyckiego. Po 2019 roku — w ramach opozycyjnej „Europejskiej Solidarności” — pozostawał aktywny, gotów protestować przeciwko wszelkim próbom osłabienia ustawodawstwa językowego.

Po 24 lutego 2022 roku nie szukał politycznych trybun. Po cichu, bez PR-u, pomagał kijowskiej obronie terytorialnej, pełnił dyżury na blokpostach. Dla niego to było naturalne przedłużenie jego drogi. Zawsze powtarzał: „Imperium rosyjskie trzeba zniszczyć. Bo inaczej pozostanie zagrożeniem dla naszych dzieci”.

Ostatnie miesiące o Andriju Parubiju niewiele było słychać. Nigdy nie lubił pokazówki, w milczeniu robił to, co trzeba. Mówią, że był aktywny w komisji parlamentarnej ds. obrony, stale pomagał frontowi. To właśnie jego niepubliczność zrodziła wiele pytań – kto i za co tak brutalnie się z nim rozprawił? Dziś pojawiła się wiadomość, że policja rzekomo zatrzymała zabójcę, rozważana jest wersja, że był szantażowany przez rosyjskie służby specjalne, domagające się „trupa ukraińskiego nacjonalisty” w zamian za ciało jego syna poległego na wojnie. Ale nikt nie ma wątpliwości, że Andrija Parubija zabiła Rosja. Bo w nim i w tysiącach takich jak on państwo-agresor widzi ogromne zagrożenie dla własnego istnienia.

Śmierć Andrija Parubija to ogromna tragedia dla całego kraju. W mediach społecznościowych można znaleźć setki wpisów z ciepłymi słowami. Nawet polityczni przeciwnicy Parubija nie śmią powiedzieć o nim złego słowa – po prostu nie ma czego. Pamięć o nim jest osobista, żywa. I w niej Andrij Parubij to nie tylko polityk. To ten, który nawet w wielkiej polityce pozostał sobą. Pozostał człowiekiem.

Wiktoria Czyrwa

Facebook
Twitter
LinkedIn