5 października 2026. Alarmy lotnicze coraz bardziej ingerują w zwykłe zakupy Ukraińców. We wrześniu na alarmy przypadła już niemal jedna trzecia czasu pracy centrów handlowych. Klienci nie mogą dokończyć zakupów, godzinami czekają na odwołanie alarmu albo w ogóle rezygnują z wyjazdu do centrum handlowego. Zmienia to nie tylko zwyczaje konsumenckie, lecz także samą strukturę handlu.
Dla autorki tego tekstu kupno synowi butów sportowych zamieniło się w prawdziwą operację specjalną, którą trzeba było przeprowadzić na dwa podejścia. Za pierwszym razem wyjazd do Epicentrum zakończył się niczym z powodu długotrwałego alarmu lotniczego. Przyjechaliśmy po raz drugi, dotarliśmy do sklepu, wybraliśmy buty – i znowu syrena. Zgodnie z instrukcją po ogłoszeniu alarmu sklep przerywa obsługę, a klienci muszą opuścić lokal. Dokończyć można jedynie te zakupy, dla których paragony zostały już otwarte. Tym razem sprzedawczyni zlitowała się nad klientami i jednak sprzedała nam buty.
Historia mogłaby pozostać rodzinną anegdotą, gdyby podobne sytuacje nie stały się częścią codziennego życia. Dziennikarka portalu „Texty” Tetiana Lubareć opowiada, że przez tydzień nie mogła odebrać gotowego zamówienia – nie udawało jej się trafić do sklepu w czasie, kiedy był otwarty. Pewnego razu specjalnie przyjechała tam z dwuletnim synem podczas alarmu. Na jego odwołanie czekali około czterech godzin, ale się nie doczekali i wrócili do domu.
Jej sąsiadka znalazła się w innej sytuacji. Przez dwie godziny chodziła po Auchan, zapełniła cały wózek produktami, ale kiedy dotarła do kasy, rozpoczął się alarm. Klientów wyprowadzono ze sklepu. Kobieta czekała jeszcze dwie godziny przed sklepem, żeby wrócić i wreszcie zapłacić za wybrane już produkty.
Jeszcze rok temu takie przypadki były raczej uciążliwą osobliwością życia podczas wojny. Latem 2026 roku problem nabrał innej skali. Rosja gwałtownie nasiliła ataki na ukraińskie miasta, alarmy stały się częstsze i dłuższe, a wśród uszkodzonych obiektów coraz częściej znajdują się sklepy, magazyny i inna infrastruktura handlowa.
Dobrze pokazują to statystyki Ukraińskiej Rady Centrów Handlowych. W sierpniu alarmy lotnicze przypadły na 21,8 proc. czasu pracy takich centrów. We wrześniu wskaźnik wzrósł już do 30,8 procenta. Rok wcześniej wynosił 14,1 procenta. Innymi słowy, niemal jedna trzecia czasu, w którym centrum handlowe powinno obsługiwać klientów, przypada obecnie na alarmy lotnicze.
Dla handlu nie jest to już tylko kwestia niedogodności. We wrześniu liczba klientów w kijowskich sklepach JYSK spadła o około 10–20 procent. Największy spadek firma odnotowała właśnie w dużych centrach handlowo-rozrywkowych. Szef JYSK w Ukrainie Jewhen Iwanycia szacuje, że jeśli sklep z powodu alarmów traci około 30 proc. czasu pracy, jego obroty mogą spaść o około 15 procent.
Co więcej, straconego czasu nie zawsze można nadrobić po odwołaniu alarmu. Część osób wraca do sklepu, część przekłada zakupy na inny dzień, zamawia potrzebną rzecz przez Internet albo po prostu jedzie do domu.
Pod koniec lata doszedł do tego jeszcze jeden czynnik – strach. Po doniesieniach o atakach na obiekty handlowe samo duże centrum handlowe, w którym jednocześnie przebywają tysiące ludzi, część klientów zaczęła postrzegać jako miejsce potencjalnie niebezpieczne.
W Kijowie podjęto próbę złagodzenia problemu, dzieląc alarmy lotnicze na „żółte” i „czerwone”. Podczas „żółtego” alarmu centra handlowe nie muszą automatycznie przerywać pracy. Nie spowodowało to jednak szybkiego powrotu klientów. Część dużych sieci ze względów bezpieczeństwa nadal zamyka sklepy również podczas „żółtego” alarmu.
W rezultacie zmieniła się sama logika robienia zakupów. Wcześniej człowiek zastanawiał się, gdzie jest taniej, gdzie wybór jest większy albo dokąd łatwiej dojechać. Teraz pojawiło się jeszcze jedno pytanie: czy w ogóle uda się zrobić zakupy przed kolejnym alarmem.
Różnicę szczególnie odczuwają ci, którzy do dużego centrum handlowego muszą jechać przez pół miasta albo z przedmieść. Wyjazd po ubrania czy buty – towary, które ludzie często chcą przymierzyć przed zakupem – może zająć kilka godzin i zakończyć się przed zamkniętymi drzwiami.
W tej sytuacji przewagę zyskują formaty zlokalizowane bliżej klienta: niewielkie sklepy na parterach osiedli mieszkaniowych, wolnostojące punkty handlowe czy lokalne centra handlowe. Przenoszenie się handlu do bardziej kompaktowych formatów rozpoczęło się jeszcze przed wojną. Sklepy blisko domu, lokale handlowe na parterach osiedli mieszkaniowych oraz parki handlowe rozwijały się już wcześniej. Jednak podczas wojny, a szczególnie po nasileniu ostrzałów i wydłużeniu alarmów lotniczych, pojawił się jeszcze jeden istotny czynnik sprzyjający ich rozwojowi – bliskość klienta oraz mniejsze uzależnienie od funkcjonowania dużych centrów handlowych.
Jednym z takich formatów są parki handlowe, wciąż jeszcze niezbyt popularne w Ukrainie. To grupa przeważnie parterowych sklepów ze wspólnym parkingiem, ale osobnymi wejściami z ulicy. Klient nie musi wchodzić do dużego centrum handlowego: zostawia samochód przy wybranym sklepie, robi zakupy i jedzie dalej. Podczas wojny taka konstrukcja zyskała jeszcze jedną zaletę – poszczególne punkty handlowe nie są aż tak uzależnione od funkcjonowania całego kompleksu.
Według szacunków dyrektorki UTG Jewhenii Łoktionowej 50–60 proc. nowych punktów handlowych otwiera się obecnie w formacie street retail – czyli w osobnych lokalach z własnym wejściem z ulicy, między innymi na parterach budynków mieszkalnych. W przeciwieństwie do sklepów w centrach handlowych, gdzie trzeba uruchomić cały kompleks i wpuścić z powrotem setki pracowników oraz klientów, takie punkty same ustalają tryb pracy i po odwołaniu alarmu mogą otworzyć się od razu.
Oczywiście nie oznacza to, że duże centra handlowe znikają. Nadal mają przewagę, której małe sklepy nie są w stanie zapewnić: duży wybór marek, kina, restauracje, strefy dla dzieci oraz możliwość połączenia zakupów z wypoczynkiem. Jednak wyjazd do dużego centrum handlowego zazwyczaj wymaga więcej czasu. Im dłużej ktoś do niego jedzie i im więcej czasu zamierza spędzić w środku, tym więcej może stracić z powodu jednego alarmu.
Historia z naszymi butami dobrze pokazuje, jak działa to na poziomie codziennego życia. Jeśli trzeba po nie dwa razy jechać do dużego sklepu, a zakup i tak omal nie dochodzi do skutku, następnym razem prawdopodobnie spróbujemy znaleźć potrzebny produkt bliżej domu.
Wiktoria Czyrwa
Image by Pascal König from Pixabay