19 października 2026. W Ukrainie udostępniono oficjalną mapę pokazującą ruch rosyjskich dronów i rakiet. Mieszkańcy mogą teraz samodzielnie śledzić zagrożenia z powietrza, choć dane na mapie są przybliżone i mogą pojawiać się z opóźnieniem. Tymczasem październikowe ataki na Kijów pokazały, że nawet alarm przeciwlotniczy nie zawsze jest ogłaszany na czas, by ostrzec przed uderzeniem rakietowym. Dlaczego tak się dzieje, jak bardzo Ukraina zależy od danych wywiadowczych przekazywanych przez partnerów i czy można zwiększyć niezawodność systemu ostrzegania?
W aplikacji „Alarm przeciwlotniczy” pojawiła się mapa, na której można sprawdzić przybliżone położenie rosyjskich dronów i pocisków manewrujących oraz kierunek ich lotu. Wcześniej dostęp do takich danych miały przede wszystkim wojsko, wybrane służby państwowe i organizacje, a mieszkańcy dowiadywali się o zbliżających się zagrożeniach głównie z kanałów na Telegramie.
O udostępnieniu mapy poinformował premier Serhij Korecki. Jak wyjaśnił, nowa funkcja ma pomóc ludziom lepiej orientować się w sytuacji podczas ataków z powietrza i podejmować decyzje dotyczące własnego bezpieczeństwa.
Użytkownik może powiększać mapę, włączyć siatkę kwadratów o wymiarach 10 na 10 kilometrów albo wyświetlić tzw. mapę cieplną, wskazującą obszary podwyższonego zagrożenia. Nowa funkcja jest dostępna w aplikacji, którą można pobrać z Google Play i App Store, a także na oficjalnej stronie. Nie trzeba aktualizować aplikacji.
Dane pochodzą od Sił Powietrznych Ukrainy i są przekazywane zabezpieczonymi kanałami łączności, ale przed publikacją przechodzą specjalną obróbkę. Wojskowi ukrywają dokładne współrzędne i inne informacje, które mogłyby zostać wykorzystane przez Rosjan. Dlatego położenie celów na mapie jest przybliżone, a dane mogą pojawiać się z opóźnieniem. Nie są na niej również pokazywane pociski balistyczne ani obiekty poruszające się z prędkością przekraczającą 2000 kilometrów na godzinę. Brak oznaczeń w pobliżu danej miejscowości nie oznacza więc, że nie ma zagrożenia.
O udostępnieniu takich informacji szeroko dyskutowano już we wrześniu. Wówczas specjalista od walki radioelektronicznej, doradca ministra obrony Serhij Beskrestnow, znany jako Flash, zaproponował, by część danych wojskowych udostępnić społeczeństwu.
Zwrócił uwagę, że informacje o ruchu dronów Shahed otrzymują już ukraińskie koleje państwowe Ukrzaliznycia, niektóre organizacje oraz obiekty infrastruktury krytycznej. Rozważano również przyznanie takiego dostępu stacjom paliw. Jednocześnie administratorzy licznych kanałów na Telegramie i tak przekazują mieszkańcom informacje o przemieszczaniu się celów powietrznych.
Beskrestnow postawił pytanie: dlaczego nie udostępnić tych informacji wszystkim Ukraińcom? Jego zdaniem mogłoby to uratować setki istnień ludzkich. Zaproponował kilka rozwiązań: wysyłanie powiadomień o zbliżającym się dronie, pokazywanie zagrożeń wyłącznie nad miejscowościami albo oznaczanie celów w kwadratach o wymiarach dwa na dwa kilometry. Dokładne współrzędne, numery celów i informacje służbowe miałyby przy tym pozostać dostępne wyłącznie dla wojska.
Propozycja wywołała dyskusję. Część internautów poparła udostępnienie danych, ponieważ ludzie od dawna są zmuszeni szukać informacji o zagrożeniach w nieoficjalnych kanałach. Inni ostrzegali, że przeciwnik będzie mógł analizować publiczną mapę, identyfikować obszary o niewystarczającym pokryciu radarowym lub miejsca zestrzeliwania dronów. Pojawiły się też wątpliwości czy serwery wytrzymają jednoczesne połączenia setek tysięcy użytkowników.
Jednak nawet najdokładniejsza mapa niewiele pomoże, jeśli wojsko zbyt późno wykryje zagrożenie. Aby alarm przeciwlotniczy został ogłoszony na czas, trzeba jak najwcześniej wykryć rakietę lub drona. Służą do tego radary, inne środki obserwacji oraz dane wywiadowcze od partnerów. Możliwości radarów są jednak ograniczone: drony i pociski manewrujące mogą lecieć na niewielkiej wysokości, ukrywając się za wzgórzami i innymi przeszkodami terenowymi.
Po wykryciu celu wojskowi ustalają, którym obszarom może on zagrażać, i przekazują informacje niezbędne do ogłoszenia alarmu. Następnie ostrzeżenia docierają do mieszkańców za pośrednictwem syren, aplikacji mobilnych i innych kanałów. Jeśli zagrożenie zostanie wykryte zbyt późno, nawet natychmiastowe ogłoszenie alarmu może nie pozostawić ludziom czasu na dotarcie do schronienia.
Dotyczy to szczególnie pocisków balistycznych, które pokonują odległość do celu w ciągu zaledwie kilku minut. Przy wczesnym wykrywaniu ich startów Ukraina w dużym stopniu polega na danych wywiadowczych sojuszników, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych.
Amerykański system satelitarny SBIRS potrafi wykrywać promieniowanie cieplne silników rakietowych podczas startu. Pozwala to uzyskać ostrzeżenie jeszcze zanim pocisk znajdzie się w zasięgu naziemnych radarów.
Jak ważne jest terminowe otrzymywanie takich danych, pokazały rosyjskie ataki na Kijów 12 i 13 października. Wówczas ostrzeżenia o zagrożeniu rakietowym pojawiały się niemal równocześnie z eksplozjami albo już po nich. Uderzenia spowodowały zniszczenia, były ofiary śmiertelne i osoby ranne.
Po tych atakach prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że Ukraina nie otrzymała od międzynarodowych partnerów wcześniejszego ostrzeżenia o wystrzeleniu przez Rosję pocisków balistycznych. Chodziło o pierwszą falę uderzeń, natomiast informacje o kolejnych odpaleniach rakiet już napływały.
Stało się to niedługo po trudnych rozmowach ukraińskiej delegacji w Waszyngtonie. Strona amerykańska domagała się zaprzestania ataków na rosyjskie rafinerie i groziła ograniczeniem przekazywania danych wywiadowczych oraz pomocy wojskowej. Później Zełenski potwierdził, że ukraińscy generałowie otrzymywali takie ostrzeżenia.
Nie wiadomo jednak, czy spory te wpłynęły na terminowość ostrzeżeń przed atakami rakietowymi. Początkowo obie strony zaprzeczały, jakoby doszło do wstrzymania wymiany danych wywiadowczych. Jednak 18 października Zełenski poinformował, że Stany Zjednoczone wznowiły przekazywanie informacji o kluczowym znaczeniu po trzydniowej przerwie.
Ukraina nie zawsze ma wpływ na decyzje sojuszników, może jednak doskonalić własny system ostrzegania. Rząd rozpoczął już jego modernizację. Planowane jest zróżnicowanie komunikatów w zależności od rodzaju zagrożenia z powietrza i obszaru, którego ono dotyczy. Ma to pomóc mieszkańcom lepiej rozumieć, jakie konkretnie niebezpieczeństwo im grozi, a także ograniczyć liczbę długotrwałych alarmów na terenach, które nie są bezpośrednio zagrożone.
Dla człowieka, który słyszy eksplozje wcześniej niż syrenę alarmową, szczegółowość mapy zagrożeń z powietrza nie ma większego znaczenia. Jeśli nowy system pozwoli zyskać choćby kilka minut, może to już uratować życie. Nie wystarczy jednak udoskonalić samej aplikacji. Najważniejsze, by informacje o zagrożeniu docierały na czas – zarówno od ukraińskiego wojska, jak i od naszych sojuszników.
Wiktoria Czyrwa