Sprawa Farion podzieliła Ukrainę

2 października 2026. Sąd Rejonowy we Lwowie skazał 20-letniego Wiaczesława Zinczenkę na dożywotnie pozbawienie wolności za zabójstwo profesor i językoznawczyni Iryny Farion. Wyrok ten jednak tylko pogłębił dyskusję wokół jednego z najgłośniejszych zabójstw ostatnich lat. Dla jednych Zinczenko jest zdemaskowanym zabójcą, którego kara jest całkowicie uzasadniona. Inni są przekonani, że śledztwo pozostawiło zbyt wiele pytań bez odpowiedzi i doprowadziło do skazania niewinnego człowieka.

Podział było wyraźnie widać już na sali sądowej. Kiedy sędziowie ogłosili karę dożywotniego pozbawienia wolności, zwolennicy Iryny Farion przyjęli wyrok oklaskami. Grupa wspierająca Zinczenkę odpowiedziała okrzykami „Hańba!” i „Wolność dla Zinczenki!”. W trakcie procesu wokół oskarżonego powstało środowisko osób, które uważają go za niewinnego albo przynajmniej wątpią, czy śledztwo udowodniło jego winę na tyle przekonująco, by pozbawić młodego chłopaka wolności do końca życia.

Sam sąd takich wątpliwości nie miał. Po ponad 80 rozprawach i zbadaniu ponad 30 tomów akt skład sędziowski uznał Zinczenkę za winnego umyślnego zabójstwa Farion w związku z jej działalnością publiczną oraz z pobudek nietolerancji narodowościowej. Oprócz dożywotniego pozbawienia wolności ma on zapłacić córce zamordowanej, Sofii Osobie, 5 mln UAH zadośćuczynienia za krzywdę.

Przypomnijmy, Iryna Farion była językoznawczynią, doktorem nauk filologicznych, profesorem Politechniki Lwowskiej, a w latach 2012–2014 deputowaną do Rady Najwyższej z ramienia partii Swoboda. Była znana z aktywnego i często ostrego stanowiska w sprawie ochrony języka ukraińskiego oraz wypierania języka rosyjskiego z przestrzeni publicznej. Została postrzelona wieczorem 19 lipca 2024 roku w pobliżu swojego domu przy ulicy Masaryka we Lwowie. Napastnik strzelił jej w głowę. Kilka godzin później 60-letnia Iryna Farion zmarła w szpitalu.

Sześć dni później, 25 lipca, w Dnieprze zatrzymano Wiaczesława Zinczenkę. Miał wówczas 18 lat. Od tego czasu przebywał w areszcie i przez cały proces nie przyznawał się do winy.

Śledztwo miało szeroki zakres: przeprowadzono ponad 60 ekspertyz, przesłuchano ponad 1500 osób oraz zgromadzono obszerny materiał z kamer monitoringu i dane cyfrowe. Na tej podstawie prokuratura zbudowała łańcuch poszlak, który jej zdaniem prowadzi właśnie do Zinczenki.

Według wersji oskarżenia Zinczenko przyjechał z Dniepru do Lwowa dziesięć dni przed zabójstwem i wcześniej się do niego przygotowywał. Nagrania z monitoringu pozwoliły odtworzyć jego przemieszczanie się po mieście. Śledczy twierdzą, że kilkakrotnie pojawiał się w rejonie domu Farion, obserwował go, a po drodze zmieniał ubranie, aby utrudnić identyfikację. Część rzeczy podobnych do ubrań mężczyzny widzianego w pobliżu domu Farion Zinczenko kupił przed wyjazdem przez Internet. Ekspertyza portretowa wykazała, że mężczyzna w kapeluszu typu panama, sfotografowany przez sąsiadkę Farion, i Zinczenko to ta sama osoba. Ekspertyza śladów zapachowych również wykazała zgodność, a w jednym z miejsc, w których siedział podejrzany mężczyzna, eksperci ujawnili profil DNA Zinczenki.

Nie mniej istotny dla oskarżenia okazał się ślad cyfrowy. W urządzeniach Zinczenki znaleziono informacje dotyczące Farion i jej adresu, materiały na temat broni, konspiracji oraz ruchów radykalnych. Śledztwo ustaliło, że wiosną 2024 roku za pośrednictwem konta wiązanego z Zinczenką zakupiono dwa pistolety alarmowe Stalker oraz interesowano się możliwością przerobienia jednego z nich na broń palną.

W sądzie odtworzono również nagranie rozmowy Zinczenki ze współosadzonym. Zinczenko mówi na nim, że zabił Farion z powodu osobistej niechęci. Sam oskarżony oświadczył, że powiedział to pod presją.

Dla prokuratury wszystkie te okoliczności tworzą spójny obraz: Zinczenko interesował się Farion, przygotowywał się, przyjechał do Lwowa, obserwował jej dom, maskował się, interesował się przerabianiem broni, a po zabójstwie pozostawił cyfrowe ślady wiążące go z przestępstwem. Sąd podzielił tę wersję.

Jednocześnie sprawa opiera się przede wszystkim na całokształcie dowodów pośrednich. Nie ma jednego rozstrzygającego dowodu, który sam w sobie usuwałby wszystkie wątpliwości. Głównego dowodu rzeczowego, czyli broni, z której zastrzelono Irynę Farion, śledczym nie udało się odnaleźć. Nie wiadomo, z jakiego dokładnie pistoletu oddano strzał. W związku z tym nie ma ekspertyzy balistycznej, która pozwalałaby powiedzieć: oto broń Zinczenki, a oto pocisk lub łuska bezpośrednio wiążące ją z tą bronią.

Pytania dotyczą również identyfikacji mężczyzny, który czatował w pobliżu domu. Obrona utrzymuje, że na nagraniach zarejestrowano różne osoby. Jeden ze świadków, który widział twarz mężczyzny w kapeluszu, oświadczył w sądzie, że Zinczenko „zupełnie nie jest do niego podobny”. U Zinczenki nie znaleziono również ubrania, które miał na sobie mężczyzna przebywający w pobliżu domu Farion.

Spory pojawiły się także wokół ekspertyz. Obrona zwracała między innymi uwagę na to, że krzesło, na którym miał siedzieć Zinczenko, badano kilkakrotnie: pierwsze dwa badania genetyczne nie wykazały jego DNA, natomiast kolejne już je ujawniło. Na tej podstawie adwokaci mówili o możliwości fałszerstwa. Śledczy odrzucali te zarzuty, a sąd uznał wyniki ekspertyz za dowody.

Obrona kwestionowała również ekspertyzę śladów zapachowych, której wyniki prokuratura z kolei uważała za jedno z istotnych potwierdzeń obecności Zinczenki w pobliżu domu Farion.

I właśnie w tym miejscu rozchodzą się opinie na temat sprawy. Zwolennicy wyroku uważają, że każdy z tych faktów z osobna można jeszcze tłumaczyć przypadkiem, ale wszystkie razem tworzą przekonujący obraz winy Zinczenki.

Oponenci odpowiadają: dożywotnie pozbawienie wolności jest najsurowszą karą i w takiej sprawie nie powinno być miejsca na poważne wątpliwości. Zwłaszcza gdy nie ma ani narzędzia zbrodni, ani bezpośredniego świadka samego strzału, a część ekspertyz jest kwestionowana przez obronę.

Jest jeszcze jedna kwestia, która towarzyszy tej sprawie od samego początku. Po zatrzymaniu Zinczenki minister spraw wewnętrznych Ihor Kłymenko mówił, że organy ścigania sprawdzają możliwy udział innych osób i nie wykluczają rosyjskiego śladu. Były ku temu podstawy. Według śledczych Zinczenko kontaktował się ze środowiskiem związanym z rosyjskim ruchem neonazistowskim NS/WP. To właśnie powiązany z nim serwis po zabójstwie wziął odpowiedzialność za zbrodnię i opublikował nagranie przedstawiające moment ataku. Śledczy ustalili również, że Zinczenko korespondował z administratorem kanału na Telegramie powiązanego z tym środowiskiem.

Wersja dotycząca zleceniodawcy nie znalazła się jednak w akcie oskarżenia. Prokuratura wyjaśniła, że została dokładnie sprawdzona i uznano, iż Zinczenko działał samodzielnie. Zrodziło to wersję, według której Zinczenko mógł mieć związek z zabójstwem, ale za nim mogły stać inne osoby.

Sąd nie stwierdził istnienia dowodów na udział zleceniodawcy. Samo pytanie nie pojawiło się jednak znikąd: możliwość udziału wspólników oraz rosyjskiego śladu na początku śledztwa publicznie rozważali sami przedstawiciele organów ścigania.

Dlatego w debacie publicznej istnieją w rzeczywistości nie dwie, lecz co najmniej trzy wersje. Pierwsza: Zinczenko zabił Farion sam, a sąd wydał sprawiedliwy wyrok. Druga: Zinczenko nie zabił, a śledczy zbudowali z dowodów pośrednich wygodną wersję i znaleźli winnego. I trzecia: Zinczenko mógł zabić Farion, ale ewentualni organizatorzy tej zbrodni pozostali na wolności.

Sąd pierwszej instancji udzielił swojej odpowiedzi: Zinczenko jest winny i działał samodzielnie. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Obrona już zapowiedziała odwołanie od wyroku dożywotniego pozbawienia wolności. W postępowaniu apelacyjnym adwokaci mogą ponownie podnieść kwestie wiarygodności poszczególnych ekspertyz, braku narzędzia zbrodni oraz tego, czy zgromadzone dowody pośrednie są wystarczające do wydania takiego wyroku. Dlatego na postawienie ostatecznej kropki w sprawie Farion jest jeszcze za wcześnie.

Niemal w tym samym czasie we Lwowie toczy się jeszcze jedna sprawa dotycząca głośnego zabójstwa politycznego, byłego przewodniczącego Rady Najwyższej Andrija Parubija. Wokół niej nie ma jednak na razie podobnego społecznego sporu.

Przyczyną jest, jak się wydaje, przede wszystkim charakter dowodów. Oskarżony Mychajło Scelnikow szczegółowo opowiada w sądzie o przygotowaniach do zabójstwa, obserwowaniu Parubija, otrzymaniu i testowaniu broni. 30 września oświadczył, że oddał do Parubija osiem strzałów. Organy ścigania znalazły również pistolet Makarowa, który według śledczych był narzędziem zbrodni, a na broni ujawniono DNA oskarżonego. SBU oskarża ponadto Scelnikowa o zdradę stanu i twierdzi, że działał na zlecenie rosyjskich służb specjalnych.

Co prawda również tutaj nie wszystko zostało ostatecznie wyjaśnione. Sąd ustala, z kim dokładnie kontaktował się Scelnikow, kto był jego kuratorem, skąd pochodziły pieniądze i czy w sprawę były zaangażowane inne osoby. Na broni wykryto na przykład ślady jeszcze dwóch osób. Jednak główne pytanie, które podzieliło społeczeństwo w sprawie Farion, czyli czy na ławie oskarżonych siedzi właściwa osoba, w sprawie Parubija praktycznie się nie pojawia.

Dlatego dwa procesy, które toczą się w tym samym mieście i dotyczą zabójstw znanych ukraińskich polityków, są odbierane tak odmiennie. W sprawie Parubija społeczeństwo oczekuje przede wszystkim odpowiedzi na pytanie, kto stał za zabójstwem. W sprawie Farion część społeczeństwa nadal spiera się nawet o to, kto strzelał.

Dożywotni wyrok dla Zinczenki na razie tego sporu nie zakończył.

Wiktoria Czyrwa

Facebook
Twitter
LinkedIn