25 maja 2026. W nocy z 23 na 24 maja Kijów przeżył prawdopodobnie najstraszniejszy rosyjski atak od początku wojny. Ucierpiały budynki mieszkalne, centra handlowe, firmy i samochody. Niestety, czterech mieszkańców Kijowa nie przeżyło tej tragicznej nocy, a ponad 100 osób zostało rannych. W różnych częściach miasta mieszkańcy wciąż uprzątają gruzy, zabijają okna dyktą i próbują odzyskać choćby namiastkę normalności.
Mimo horroru, którego doświadczyli Ukraińcy, ich zdolność do empatii i wzajemnej pomocy nigdzie nie zniknęła. Wręcz przeciwnie – ujawniła się z nową siłą.
Jednym z najbardziej poruszających symboli tych dni stała się mała kawiarnia na Podolu. Jej historia jest bardzo wymowna: aby spełnić marzenie o własnym lokalu, właściciele sprzedali mieszkanie. Kawiarnię otworzyli 22 maja, a już w nocy z 23 na 24 maja Rosjanie doszczętnie ją zniszczyli.
Dla każdego małego biznesu to prawdziwa katastrofa. Jednak właściciel, Jewhen, nie wpadł w panikę.
O piątej rano przyszedł do zrujnowanej kawiarni, sprawdził, czy działają ekspresy do kawy i zaczął częstować Kijowian darmową kawą – po prostu przez wybite okna. Jego mama rozdawała ludziom słodycze i wypieki.
Aby pomóc właścicielom zniszczonej kawiarni, uruchomiono specjalną zbiórkę. Właściciel Monobanku, Ołeh Horochowski, zadeklarował natomiast gotowość do całkowitego pokrycia kosztów odbudowy lokalu.
Nie mniej poruszająca okazała się historia Kijowianki, której podczas ataku spłonęła suknia ślubna w centrum handlowym „Kwadrat”. Do ślubu zostały mniej niż trzy tygodnie, a panna młoda oddała suknię do poprawek. Niestety, podczas ostrzału centrum handlowego, które zostało całkowicie zniszczone, spłonęła również jej suknia.
Gdy tylko dziewczyna opowiedziała o tym w mediach społecznościowych, odezwały się do niej dziesiątki kobiet – zarówno z Ukrainy, jak i z zagranicy.
Jedne proponowały pomoc krawcowych i salonów ślubnych, inne pisały, że są gotowe oddać własne suknie, biżuterię lub dodatki do ceremonii. Ktoś przesyłał pieniądze, by choć częściowo wesprzeć pannę młodą.
Historia bardzo szybko obiegła media społecznościowe i stała się kolejnym przypomnieniem o tym, jak Ukraińcy potrafią jednoczyć się po tragediach. Nawet po ostrzałach i pożarach ludzie próbują przywrócić sobie nawzajem choć odrobinę światła, normalności i poczucia święta, które wojna nieustannie próbuje odebrać.
Nie pozostał obojętny także duży biznes. Po szczególnie ciężkich ostrzałach właściciel centrum handlowego Dream Town, Garik Korohodski, otwiera dla mieszkańców darmowe lodowisko. Po nieprzespanej nocy, alarmach i wiadomościach o zniszczeniach kijowianom ponownie zaproponowano bezpłatną jazdę na łyżwach.
Wymowna, a zarazem niemal komiczna, jest jeszcze jedna historia. W jednej z kawiarni mężczyzna zamówił śniadanie ze śledziem, ale pracownicy po długich przeprosinach poinformowali go, że z powodu skutków ostrzałów nie udało się go zdobyć, dlatego proponują zamiennik – krewetki. Sytuacja tak poruszyła klienta, że napisał później w mediach społecznościowych:
„Nigdy nie wyjadę z kraju, w którym śledzia proponują zastąpić krewetkami”.
Przez ostatnie lata Ukraińcy przyzwyczaili się do tego, że po każdym dużym ataku bardzo szybko zaczynają działać nie tylko służby ratunkowe czy służby komunalne. Zaczynają działać ludzie. Ktoś przynosi folię na wybite okna. Ktoś gorącą herbatę. Ktoś szuka mieszkań dla poszkodowanych. Ktoś oddaje własną rzecz nieznajomemu.
I właśnie w takich momentach szczególnie wyraźnie widać, że Rosja może niszczyć budynki, sklepy czy centra handlowe, ale wciąż nie udało jej się zniszczyć jednej rzeczy – zdolności Ukraińców do trzymania się razem nawet po najcięższych nocach.
Wiktoria Czyrwa