Elektryki przestają być opłacalne

28 stycznia 2026. W styczniu taryfy za publiczne ładowanie samochodów elektrycznych w Ukrainie gwałtownie wzrosły — miejscami do poziomu, który zrównał auta elektryczne z benzynowymi i dieslami pod względem kosztu przejazdu. Jedną z kluczowych przyczyn podwyżek był deficyt energii elektrycznej, spowodowany wojennymi atakami na system energetyczny, a także zmiany zasad kształtowania cen na hurtowym rynku energii.

Ostatni skok cen publicznego ładowania samochodów elektrycznych w Ukrainie to jeden z symptomów szerszej energetycznej rzeczywistości czasu wojny. W ciągu kilku dni pod koniec stycznia cena kilowatogodziny na wielu stacjach ładowania wzrosła z typowych 16–18 UAH do 28–32 UAH, a w niektórych lokalizacjach — jeszcze wyżej. W mediach społecznościowych pojawiły się na tym tle oskarżenia o „spekulacje”, a nawet radykalne wezwania do „karania” operatorów. Jednak gdy cofniemy się w łańcuchu przyczyn, widać coś innego: sieci ładowania znalazły się jednocześnie pod wpływem dwóch fal – gwałtownego wzrostu kosztów energii elektrycznej dla biznesu oraz anormalnego popytu wynikającego z przerw w dostawach prądu, spowodowanych deficytem energii i skutkami rosyjskich uderzeń w infrastrukturę energetyczną.

Zacznijmy od regulacyjnego „haczyka”, który w styczniu poruszył rynek. 16 stycznia Narodowa Komisja Regulacji Energetyki i Usług Komunalnych (NKREKP) przyjęła uchwałę nr 70 w sprawie cen maksymalnych na rynku dnia następnego, rynku wewnątrzdobowym oraz rynku bilansującym. W godzinach szczytu price cap na rynku dnia następnego ustalono na poziomie 15 000 UAH/MWh (od 17:00 do 23:00), a na rynku bilansującym – 16 000 UAH/MWh w tym samym wieczornym szczycie. To właśnie te godziny są najtrudniejsze dla miast: ludzie wracają z pracy, taksówkarze zwiększają liczbę kursów, kurierzy realizują „wieczorne fale” zamówień, a właściciele aut elektrycznych próbują „dobić” poziom naładowania, dopóki jest taka możliwość.

Drugi czynnik jest nie mniej istotny, a dla wielu właścicieli samochodów elektrycznych wręcz decydujący: domowe ładowanie, które zwykle jest głównym „atutem” elektromobilności, w styczniu masowo zaczęło wypadać z codziennych scenariuszy. W normalnych warunkach większość użytkowników ładuje auta w domu, co pozwala zachować wyraźne oszczędności. Jednak w okresach długotrwałych przerw w dostawach prądu „okna” z energią często nie wystarczają na pełne ładowanie, zwłaszcza jeśli auto ładuje się wolno i potrzebuje wielu godzin. W efekcie ludzie są zmuszeni przenosić się na stacje publiczne – a popyt na nie rośnie gwałtownie i nierównomiernie.

Ta sytuacja bezpośrednio związana z wojennym stanem systemu energetycznego, który po zmasowanych atakach na wytwarzanie i sieci znów funkcjonuje w warunkach deficytu. Pod koniec stycznia Ukrenergo oraz media informowały o awaryjnych i nadzwyczajnych wyłączeniach w szeregu obwodów w związku ze skutkami ataków rosyjskich. W niektórych miastach i regionach znaczna część odbiorców czasowo pozostawała bez prądu. W kolejnych dniach uderzenia były kontynuowane, co prowadziło do nowych uszkodzeń infrastruktury i lokalnych blackoutów.

Wszystkie te czynniki bezpośrednio wpłynęły na ekonomikę publicznych stacji ładowania. To biznes, który kupuje energię elektryczną na zasadach komercyjnych, planuje zużycie z wyprzedzeniem, działa w ramach limitów, ryzykuje karami za niedobór lub przekroczenie zakontraktowanych wolumenów, a jednocześnie funkcjonuje w środowisku, w którym cena zakupu w godzinach szczytu może być maksymalnie wysoka. Gdy jednocześnie rosną price capy, a popyt eksploduje z powodu wyłączeń i chłodów, operatorzy próbują zabezpieczyć się przed sytuacją, w której pod koniec miesiąca otrzymają rachunki za energię, które nie będą się „spinać” z taryfami stosowanymi wobec klientów przez poprzednie tygodnie.

Skutek dla właściciela samochodu elektrycznego jest odczuwalny natychmiast. Przy typowym zużyciu na poziomie około 20 kWh na 100 km, przy taryfie 30 UAH/kWh sama energia daje koszt rzędu 600 UAH na „setkę”. Właśnie takie rzędy wielkości pojawiają się w publikacjach i komentarzach ekspertów, którzy podkreślają: tam, gdzie wcześniej istniała wyraźna przewaga elektromobilu pod względem dziennego kosztu kilometra, dziś pojawia się parytet, a nawet przegrana w porównaniu z częścią aut spalinowych – zwłaszcza jeśli samochód elektryczny ładowany jest niemal wyłącznie na szybkich publicznych stacjach. Dlatego najostrzej reagują taksówkarze i kurierzy: potrzebują codziennego przebiegu i szybkiego „doładowania”, a więc najczęściej kupują najdroższą kilowatogodzinę – w godzinach szczytu, na szybkiej ładowarce, czasem dodatkowo z opłatą za postój lub parkowanie po zakończeniu ładowania.

Czy oznacza to, że Ukraińcy masowo zaczną sprzedawać „elektryki”, a rynek się załamie? Eksperci przekonują, że raczej nie – przynajmniej w krótkim horyzoncie. Po pierwsze, samochód elektryczny w Ukrainie często kupowany jest pod konkretny scenariusz: dom jednorodzinny jako drugie auto w rodzinie, z uwzględnieniem dostępności ładowarki w pobliżu lub możliwości nocnego ładowania w domu po taryfie nocnej. Po drugie, mimo nerwowych reakcji infrastruktura i park samochodów elektrycznych nadal się rozwijają. W 2025 roku do Ukrainy sprowadzono ponad 110 tys. elektryków, a łączny park zbliżył się do 250 tys. pojazdów, co świadczy o dalszym wzroście popytu oraz stopniowym umacnianiu się aut elektrycznych jako segmentu masowego, a nie chwilowego trendu.

Realne ryzyko jest inne: jeśli niestabilność energetyczna się przedłuży, kluczowym czynnikiem wyboru stanie się nie tyle cena kilowatogodziny na stacji, ile sama dostępność możliwości ładowania. Wówczas rynek elektromobilności pójdzie w kierunku autonomizacji: więcej rozwiązań domowych, więcej generacji słonecznej, inwerterów i magazynów energii – wszystkiego, co pozwala ładować samochód nie „kiedy akurat jest prąd”, lecz według własnego harmonogramu.

A co z perspektywami cen? Na rynku słychać ostrożny optymizm związany z nadejściem wiosny. Logika jest prosta: wraz ze wzrostem generacji słonecznej sezonowo rośnie podaż energii, a NKREKP już zapowiedziała dalszą zmianę warunków kształtowania cen od 31 marca 2026 roku. Jednak nawet ci, którzy liczą na stabilizację, zastrzegają jedno zasadnicze „ale”: prognozy w kraju, który od niemal czterech lat żyje pod ryzykiem kolejnych uderzeń w energetykę, zawsze pozostają warunkowe.

Wiktoria Czyrwa
Image by Gerd Altmann from Pixabay

Facebook
Twitter
LinkedIn