1000 dni wojny, której nie miało być

19 listopada 2024. Wojna w Ukrainie trwa już 1000 dni. Wojna, której nie miało być. Ale stała się. I nikt już nie liczy dni – ani od początku wojny, ani do jej końca. Żyjemy dniem dzisiejszym.

Poranek zaczynamy od wiadomości w różnych komunikatorach. Są ich setki: osobno dla Kijowa, obwodu kijowskiego, są lokalne grupy dotyczące konkretnych miejscowości. Operatorzy obrony przeciwlotniczej stali się naszymi najlepszymi przyjaciółmi – nie znamy ich osobiście, ale z niecierpliwością czekamy na ich komunikaty. Ich prognozy osiągnęły taki poziom precyzji, że niemal bezbłędnie potrafią przewidzieć, kiedy ogłoszony zostanie alarm, a potem – kiedy będzie jego odwołanie.

Nawet dzieci potrafią już rozróżniać rodzaje alarmów przeciwlotniczych. Lecą Shahedy?. To oznacza, że alarm potrwa długo, 5–6 godzin. Jeden z tych „skuterów” może wisieć gdzieś 300 km od twojego domu, ale zagrożenie ogłasza się w całym obwodzie. Podczas takich alarmów nawet sklepy nie przerywają pracy: gdyby zamykały się przy każdym alarmie, mogłyby zamknąć się na zawsze.

Inaczej jest z zagrożeniem rakietowym. Takiego alarmu nie można ignorować – trzeba biec do schronu. Ale, w przeciwieństwie do Shahedów, trwają one krótko. Są jeszcze tak zwane „loty treningowe”: obrona przeciwlotnicza rejestruje w powietrzu jakieś obiekty, identyfikuje je jako „rozpoznawcze”, ale ostrzega, że sytuacja może zmienić się w każdej chwili. Chociaż już dawno przywykliśmy do nagłych zmian, jak w kalejdoskopie. Nikt niczego nie planuje nawet na jeden dzień, nie mówiąc już o dłuższych planach.

Od września poranne alarmy są niemal codziennością. Czasami trwają po 10 godzin – zaczynają się jeszcze w nocy. Dzieci, które chodzą na poranne zmiany do szkoły, dawno zapomniały, co to znaczy pełnowartościowa nauka. Bywały tygodnie, kiedy mój młodszy syn, pierwszoklasista, miał tylko 3–4 lekcje. Resztę czasu spędzał w schronie. Na początku martwiłam się, że nie zdobywa wystarczającej wiedzy, ale teraz już się tym nie przejmuję. Szkolna nauka zdecydowanie nie jest teraz priorytetem.

Bo pytanie, czy nasze dzieci uczą się w pełni, traci całkowicie sens, gdy myślisz o tym, ile dzieci nigdy już nie pójdzie do szkoły. Według danych UNICEF ofiarami rosyjskiej agresji padło ponad 2000 ukraińskich dzieci. Prawie 600 zginęło, reszta została ranna lub ciężko okaleczona. I podczas gdy piszę ten tekst, gdzieś leci kolejna rosyjska rakieta, która może zabić jeszcze jedno dziecko.

Szczególnie przerażające są przypadki, gdy w wyniku ataku ginie cała rodzina – matka z dziećmi, które były w domu, podczas gdy ojciec był w pracy. Takie tragedie zdarzają się coraz częściej, a sił na oglądanie załamanych ojców, którzy w jednej chwili stracili najbliższych, już brak.

Te tragedie rodzą jeszcze jedno ważne pytanie – jak dziennikarze powinni relacjonować te wydarzenia, aby z jednej strony pokazać cały horror sytuacji, a z drugiej – nie przekroczyć granicy etyki i zdrowego rozsądku, nie zaszkodzić innym, nie pogłębić bólu ofiar. Niestety, nie zawsze się to udaje: wielu moich kolegów w pogoni za sensacją publikuje czarno-białe zdjęcia z mediów społecznościowych szczęśliwych matek i dzieci, których już nie ma. A na pierwszym planie – rozpacz mężczyzn, którzy zostali sami na świecie. To coś, czego nasi dziennikarze muszą się jeszcze nauczyć.

Kolejne pytanie dotyczy tego, jak zachowywać się wobec wojskowych, których widzimy na ulicach. Szczególnie, jeśli mają widoczne kalectwo – na przykład brak kończyn. Wiele osób instynktownie odwraca wzrok, aby nie zawstydzać żołnierza, inni – wręcz przeciwnie, patrzą uważnie i z wyraźnym współczuciem. Specjaliści od higieny informacyjnej uczą, że jedynym akceptowalnym zachowaniem jest przyłożenie ręki do serca i skinienie głową. Dziękuję ci, żołnierzu. Doceniam twój heroizm.

Z wojskowymi trzeba w ogóle obchodzić się bardzo ostrożnie, ważyć każde słowo. Często doznają oni urazów nie tylko zewnętrznych, ale także wewnętrznych. Ich psychika, nieprzygotowana na takie wyzwania i niezdolna do szybkiej adaptacji, zawodzi. I często zachowują się nieadekwatnie. Moja mama, która przez kilka miesięcy leżała w szpitalu, opowiadała, że aby wejść na salę, gdzie leżał wojskowy, personel musiał najpierw wypytać o jego stan psychiczny i nastrój. Można było bowiem natknąć się na ostre słowo, a nawet zostać uderzonym kubkiem.

Jednak ci, którzy ośmielają się osądzać takich ludzi, to jednostki. Zdecydowana większość – usprawiedliwia naszych żołnierzy. Autorytet Sił Zbrojnych Ukrainy wśród Ukraińców jest bezprecedensowo wysoki – i oczywiście łatwo to wyjaśnić. Wielu mówi, że po wojnie popularność wojskowych zostanie przekuta na działalność polityczną – będą powstawać partie prowadzone przez weteranów. Jednak, kiedy odbędą się kolejne wybory – nikt nawet się nie zająknie. Każda próba przewidzenia ich terminu budzi falę oburzenia. Najpierw zwycięstwo, potem – wybory.

Wolontariuszom jest znacznie trudniej. Z jednej strony ich działalność jest bardziej zorganizowana – mają ugruntowane kontakty, logistykę, kanały dostaw i tym podobne. Z drugiej strony coraz trudniej jest nakłonić ludzi do przekazywania darowizn. Dla tych, którzy mieszkają w stosunkowo spokojnych regionach, wojna wydaje się być czymś odległym. Dlatego wolontariusze niemal stają na głowie, aby zamknąć zbiórki. Wzrost darowizn następuje po poważnych tragediach. Ludzie chętnie wysyłają pieniądze na pomoc poszkodowanym rodzinom lub „przypominają” sobie, że trzeba podziękować operatorom obrony przeciwlotniczej, którzy chronią nasze niebo, i żołnierzom na froncie, którzy nie pozwalają wrogowi posunąć się dalej. Ale potem entuzjazm opada i wolontariusze znów muszą błagać o pomoc.

Jeśli miałabym opisać jednym słowem, co odczuwają Ukraińcy po 1000 dniach wojny, wybrałabym słowo „przystosowali się”. Na przykład piszę ten tekst, gdy nie ma prądu – po niedawnych zmasowanych kombinowanych atakach Rosjan energetycy wprowadzili stabilizacyjne wyłączenia. Ale nawet tego nie odczuwam. Mam stację ładowania, która pozwala podłączyć router (wcześniej zamontowałam Internet światłowodowy, który działa nawet przy wyłączeniach), naładować laptopa, telefon i inne urządzenia. Do oświetlenia mam zasilane bateryjnie lampy LED. Ponieważ mam w domu kuchenkę elektryczną, już dawno kupiłam przenośny palnik gazowy, na którym mogę podgrzać jedzenie lub zaparzyć kawę.

I nie jestem w tym odosobniona. Przy każdym nowym ataku, przy każdym nowym uderzeniu Rosjanie pozbawiali nas dotychczasowych wygód. Stałe alarmy zakłócają nasze plany. Ostrzały infrastruktury energetycznej pozbawiają prądu. Ale my trzymamy się, elastycznie zmieniamy harmonogramy, zaopatrujemy się w potrzebny sprzęt. Tak, nie mamy światła. Ale Rosja ma jeszcze gorzej – jej przez najbliższe stulecia nic nie rozświetli.

Ukraiński biznes również nauczył się radzić sobie z trudnościami. Przy każdej kawiarni, salonie fryzjerskim czy aptece stoi generator, więc wyłączenia prądu już ich nie zaskakują. To niesamowite, ale biznes działa nawet w strefach przyfrontowych.

Dlatego ja i wielu moich znajomych staramy się zamawiać towary z Charkowa, Chersonia, Zaporoża czy Dnipro. Wiemy, w jak niesamowitych warunkach pracują tamtejsi przedsiębiorcy, dlatego jesteśmy gotowi czekać na zamówienie tak długo, jak trzeba. Byleby tylko wesprzeć tych niezłomnych ludzi.

Ale jeśli z jednej strony społeczeństwo stało się bardziej empatyczne, wykazuje zrozumienie i współczucie, to z drugiej – radykalizuje się. Na przykład niedawna wiadomość o tym, że muzycy jednej ukraińskiej piosenkarki zostali zmobilizowani do Sił Zbrojnych Ukrainy, przez co musiała odwołać koncert, wywołała skrajne reakcje. Część ludzi była oburzona: jak to, muzycy – jacy z nich żołnierze? Ale większość komentarzy była przeciwna: muzycy to tacy sami mężczyźni jak wszyscy, więc mogą służyć ojczyźnie – niekoniecznie od razu jako szturmowcy na pierwszej linii.

Właśnie to „niekoniecznie” jest jedną z przyczyn, dla których ukraińscy mężczyźni dosłownie ukrywają się przed przedstawicielami Terytorialnych Centrów Kompletowania, nie chcą stawać na ewidencję, miesiącami nie wychodzą z domu. Nie mają żadnej gwarancji, że po mobilizacji, bez odpowiedniego przygotowania, nie trafią od razu do samego piekła. I można ich zrozumieć, a nawet współczuć. Ale z drugiej strony – kto pożałuje tych żołnierzy, którzy od wielu miesięcy są na „zerowej” linii frontu i nie ma kto ich zmienić?

Jeden z takich wojskowych to ojciec moich dzieci. Najmłodszy, 6-letni Zachar, podczas rzadkich sesji wideorozmów z tatą naiwne pyta: „No i jak tam na wojnie, tato?”. Ten z udawaną pogodą odpowiada: „Wszystko w porządku, synku!”. Ale ja wiem, że nie jest w porządku. Wiem, że prawie codziennie w ich oddziale są ranni, czasem – zabici. I kosztuje mnie to ogrom wysiłku, by o tym nie myśleć, bo boję się, że swoimi myślami i lękami narażę męża i jego towarzyszy na niebezpieczeństwo.

W ostatnim czasie pojawiło się wiele produktów kulturalnych poświęconych wojnie – piosenek, książek, filmów i seriali. Nie mogę powiedzieć, że wszystkie są wysokiej jakości. Ale może w ten sposób artyści próbują wyrazić swoje przeżycia, swój ból, w dostępny im sposób – poprzez kino, literaturę czy muzykę.

Osobiście nie mogę oglądać filmów wojennych: w nich obowiązkowo pojawiają się kadry z pierwszych ataków rakietowych rankiem 24 lutego 2022 roku. Minęło 1000 dni, minie 5000 albo 10 000 dni, a ja wciąż będę pamiętać ten paraliżujący strach, który ogarnął moje ciało w pierwszych minutach pełnoskalowej inwazji.

Ponadto filmy fabularne o wojnie wydają mi się zbyt patetyczne i fałszywe, a dokumentalne – zbyt naturalistyczne. Jednak jestem przekonana, że takie filmy jak „20 dni w Mariupolu” czy „Bucza” powinni zobaczyć ludzie na całym świecie. Wszyscy ci, którzy uważają, że „nie wszystko jest takie jednoznaczne” i że Ukraińcy przesadzają z opisami okropieństw wojny.

Jaki jest wniosek z tych 1000 dni wojny? Główna myśl – to wszystko już było, Rosjanie wykorzystali niemal wszystkie swoje karty i nie mają już nic, czym mogliby nas przestraszyć. Wróg podniósł nasz próg wrażliwości na niespotykany dotąd poziom – niemal spokojnie przyjmujemy to, co jeszcze kilka lat temu wydawało się nie do pokonania i nie do wytrzymania. Oczywiście Kreml wciąż ma jednego asa w rękawie – użycie broni jądrowej. Ale jeśli Putin zdecyduje się na ten dziki i absurdalny krok, wprowadzi świat w taki chaos i apokalipsę, że nawet nie chce się o tym myśleć. Wówczas odliczanie dni nowej wojny zacznie się dla całego świata…

Wiktoria Czyrwa
Image by Luaks Johnns from Pixabay

Facebook
Twitter
LinkedIn